logotyp
Dr hab. Justyna Olko

Dr hab. Justyna Olko jest etnohistorykiem, antropologiem i językoznawcą, adiunktem na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Kieruje międzynarodowym projektem rewitalizacji języków zagrożonych wymarciem.

Wilamowski wraca do życia

O rewitalizacji języka wilamowskiego, jego istnieniu w przestrzeni publicznej i granym po wilamowsku spektaklu teatralnym na podstawie „Hobbita” opowiada dr hab. Justyna Olko z Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Przesłuchałam kilka nagrań osób mówiących po wilamowsku. Ten język brzmi jak odmiana niemieckiego. Skąd się wziął?

Wilamowice zostały założone w XIII w., po tym, jak tereny ówczesnego księstwa oświęcimskiego zostały spustoszone przez najazd tatarski. Książę oświęcimski podjął trud sprowadzenia osadników z zachodu Europy, aby odtworzyć populację na podległych sobie terenach. Do Wilamowic trafiły więc grupy prawdopodobnie z terenów północnych Niemiec i dzisiejszej Holandii. Być może było to kilka grup, z których każda posługiwała się innym wariantem ówczesnych języków germańskich. Mity o etnogenezie w Wilamowicach mówią, że nowi mieszkańcy przybyli z Anglii i rzeczywiście część nazwisk czy słów wskazywałaby na jakieś pokrewieństwa.

Podobno wprawne ucho potrafi też dostrzec w wilamowskim wpływy języków słowiańskich.

Bo wilamowski od XIII w. przez kilkaset lat pozostawał w kontakcie z językiem polskim. Dzięki temu stał się absolutnie unikalny. Nie jest zrozumiały dla osób posługujących się niemieckim, ale wilamowianie twierdzą, że używając swojego języka, są rozumiani w Holandii.

A jakie były jego koleje w XX w.?

Wilamowski rozkwitał aż do II wojny światowej. Społeczność miasteczka była dwu- albo trójjęzyczna – choć edukacja w okresie międzywojennym była w języku polskim, to polityka językowa nie wymagała od wilamowian jednojęzyczności. Ktoś, kto chciał wejść do społeczności, musiał się nauczyć wilamowskiego, którym mówiło się w domach, przyjąć lokalną kulturę i stroje. A ponieważ przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Wilamowice znajdowały się pod zaborem austriackim, tożsamość mieszkańców odzwierciedla także związki z imperium austriackim, a zwłaszcza z Wiedniem, gdzie wilamowianie często udawali się w interesach. Zresztą byli znani z tego, że podróżowali po całej Europie, docierali nawet do Istambułu, sprzedając swoje tkaniny i inne wyroby.

Co się stało, gdy wybuchła II wojna światowa i przyszli Niemcy?

Wilamowianie zostali uznani za ludność pochodzenia niemieckiego i byli zmuszani do podpisywania Volkslisty. Wielu mieszkańców to zrobiło, a ci, którzy odmówili, byli wysyłani do obozów koncentracyjnych i obozów pracy. Edukacja w szkołach zmieniła się na wyłącznie niemieckojęzyczną, więc dzieci, które urodziły się tuż przed wojną lub podczas wojny nie miały w zasadzie dużych możliwości uczenia się języka polskiego. W domu mówiło się po wilamowsku, w szkole po niemiecku, po polsku jedynie z sąsiadami z ościennych społeczności.

Co się dzieje z wilamowianami, gdy w 1945 r. do Polski wkracza Armia Czerwona?

Podobnie jak wszystkie pozostałe odrębne etnicznie grupy mieszkające na terenie Polski, wilamowianie byli prześladowani. Wydano rozporządzenie o zakazie używania języka wilamowskiego i strojów wilamowskich i represjonowano osoby, które go nie przestrzegały. Represje polegały przede wszystkim na wysiedlaniu z domów – część wilamowian wysłano na Ural, inną część, zwłaszcza kobiety, skierowano najpierw do więzienia w Wadowicach, a później do obozów powojennych, w tym do Oświęcimia i Jaworzna. Kobiety były publicznie atakowane. Kiedy pojawiały się w swoich tradycyjnych strojach były z nich rozbierane na rynku. Wilamowianie nie mieli gdzie mieszkać, bo sąsiedzi z okolicznych miejscowości zajęli ich domy.

Ile to trwało?

Po 12 latach po wojnie zdobyli możliwość powrotu na swoje ziemie, ale często musieli dzielić się domem z tymi, którzy ich wysiedlili. Do dziś żyją z potomkami wysiedlających. Mają poczucie, że najwięcej prześladowań doświadczyli nie ze strony władz, ale ze strony okolicznych mieszkańców, którzy uznali ich za Niemców. To jest jeden z tych aspektów, które staramy się uwzględnić w naszej pracy, by doprowadzić do pojednania na poziomie lokalnym i do tego, by sąsiednie miejscowości zobaczyły, że Wilamowice posiadają odrębność językową i kulturową, która jest wartością dla całego regionu.

No właśnie, jak dziś wygląda sytuacja w Wilamowicach?

We współpracy z gminą i szkołą w miasteczku udało się wprowadzić naukę wilamowskiego jako przedmiotu dodatkowego. Tego języka uczą się często także wnuki i prawnuki dawnych oprawców wilamowian. Łącznie na lekcje chodzi około 70 dzieci.

Bardzo dużo, to ogromny sukces!

Dodatkowo mamy kilkunastu nowych użytkowników języka wilamowskiego. Niektórzy opanowali język w stopniu niemalże płynnym. Więc choć w pewnym sensie sztucznie, to przekaz języka został wskrzeszony. W największej mierze jest to zasługa pochodzącego z Wilamowic Tymoteusza Króla. Jeszcze jako dziecko postanowił, że będzie mówił po wilamowsku, czyli w języku, którego nauczył się do babci. Mając 10 lat, zajął się dokumentacją wilamowskiego, a potem także uczeniem innych dzieci. Jeszcze później dołączyli do niego inni młodzi działacze, m.in. Justyna Majerska, która dziś uczy dzieci w szkole i prowadzi grupę teatralną wystawiającą sztuki w języku wilamowskim.

Czy rodzice, w większości niemówiący przecież po wilamowsku, chętnie zgodzili się na udział dzieci w tych dodatkowych lekcjach?

Zanim w ogóle zaczęły się lekcje, do Wilamowic zaprosiliśmy dr hab. Ewę Haman, psycholingwistkę z Uniwersytetu Warszawskiego, która zrobiła dla nauczycieli, dzieci i ich rodziców warsztaty o wielojęzyczności i korzyściach, jakie z niej płyną. Dopiero po tych zajęciach ogłosiliśmy nabór na lekcje wilamowskiego i okazało się, że mamy wielkie zainteresowanie. Dobrze jest, gdy rodzice wiedzą, że ich dziecko jest w stanie uczyć się dwóch, trzech czy czterech języków i że to tylko pomoże mu w rozwoju intelektualnym i komunikacyjnym, a nie utrudni używania np. poprawnej polszczyzny. Zawsze działania wspierające lokalne języki wymagają bardzo szeroko zakrojonych działań edukacyjnych skierowanych do nauczycieli i rodziców.

Czy dzieci mają okazję do kontaktu z wilamowskim tylko w szkole?

W Wilamowicach mieszka pokolenie dziadków i pradziadków, które nauczyło się wilamowskiego przed wojną, a po okresie prześladowań musiało przepracować swoje wojenne i powojenne doświadczenia, a częściowo jeszcze wciąż przepracowuje je w rozmowach czy wspomnieniach. Dzieci mają część zajęć praktycznych właśnie z udziałem tego pokolenia. Jest też młodsze pokolenie dziadków, którzy twierdzą, że nigdy nie znali wilamowskiego. Jest pokolenie dzieci okresu wojny, które twierdzi, że nic nie pamięta, nie rozumie i nie zna swojego pierwszego języka. Są to osoby, które w 1945 r. były często zamykane jako dzieci w chlewach albo stajniach, by się nie wydało, że nie mówią po polsku. W czasie wojny mówiły tylko po wilamowsku i niemiecku, nie miały gdzie i kiedy nauczyć się polskiego. To także bardzo straumatyzowane pokolenie.

Czy da się oszacować, dla ilu osób wilamowski jest właśnie pierwszym językiem?

To są ludzie powyżej 85. roku życia. Kilka lat temu było ich 70, a w tym momencie żyje jeszcze około 20-25 osób, które ponownie zaczęły mówić po wilamowsku w latach 90. dzięki staraniom Tymoteusza Króla. Genialny model nauczania, który wprowadził Tymoteusz, polega na tym, że do tych ludzi przyprowadza dzieci, które mogą się od starszych uczyć języka. Te dwa pokolenia ze sobą współpracują, a także tańczą razem w zespole regionalnym.

To naprawdę dobrze obmyślone.

Dodatkowo jest to model optymalny w tych warunkach. To udany eksperyment, unikalny na skalę europejską czy nawet światową, ponieważ wilamowski został uznany za język tak zagrożony, że nie przetrwa do 2000 r. Okazało się jednak, że determinacja jednej osoby może ocalić język. Oczywiście to nie jest trwały sukces i sytuacja cały czas wymaga wytężonej pracy, ale na pewno udało się powstrzymać śmierć języka i zbudować wspólnotę praktyki językowej i kulturowej, w oparciu o którą budowana jest nowa tożsamość.

Tylko w wymiarze indywidualnym?

Nie, bo w tych działaniach, które teraz są realizowane przy naszym wsparciu, staramy się pokazać mieszkańcom regionu wagę tego, co jest u nich unikalne, co budzi zainteresowanie i przyciąga turystów. To dlatego razem z projektem rewitalizacji języka, pojawiały się i inne projekty m.in. projekt komercjalizacji rewitalizacji kierowany przez etnologa z naszego wydziału, Bartłomieja Chromika. Chodzi o to, by dziedzictwo językowo-kulturowe można było spożytkować, żeby powstały związane z nim miejsca pracy czy produkty regionalne wykorzystujące etnodizajn. Udało się już opracować szlaki turystyczne w społeczności wilamowskiej, więc jeśli przyjadą turyści, to trafią na przewodnika, który zna krajobraz językowy. Najważniejsze miejsca w Wilamowicach są oznaczone specjalnymi tablicami w języku polskim, wilamowskim i angielskim. Wcześniej były takie pojedyncze inicjatywy oddolne, dziś to część oficjalnej przestrzeni publicznej, a takie działania wspierają władze miasta.

W Wilamowicach dzieje się też dużo w sferze kultury, która jest bardzo więziotwórcza. Wystawiono po wilamowsku trzy spektakle teatralne – „Hobbita”, „Małego Księcia” i „Na tamtym świecie”.

Ten ostatni spektakl powstał w oparciu o poemat Floriana Biesika, miejscowego poety, który napisał po wilamowsku epos będący lokalną wersją „Boskiej komedii” Dantego. Bo warto podkreślić, że jednym z najskuteczniejszych sposobów nauki wilamowskiego, jest działanie amatorskiego teatru w Wilamowicach, nad którym patronat honorowy objął Teatr Polski w Warszawie i Wydział „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Przedstawienia grane są wyłącznie po wilamowsku, występuje młodzież, która uczy się języka i osoby starsze związane z zespołem „Wilamowianie”, śpiewającym po wilamowsku i wykonującym tradycyjne tańce wilamowskie w zrekonstruowanych strojach.

To chyba bardzo niestandardowe podejście do nauki języka?

Nauczanie języków mniejszościowych nie może wyglądać tak, jak nauka języków dominujących. Musi być osadzone w lokalnym krajobrazie, odzwierciedlać wagę tradycyjnych czynności i miejsc oraz ich znaczenie. Wilamowski to język, którym nigdy nie będzie się posługiwało kilkadziesiąt tysięcy osób, ale jest ważny dla zachowania tożsamości lokalnej i kulturowej.

Jak te działania teatralne przekładają się na efektywność nauki języka?

Taki spektakl to prawdziwe laboratorium językowe. Młodzi aktorzy nie odtwarzają ról bezmyślnie, rozumieją je bardzo dobrze. Nauczyciele języka, Justyna i Tymoteusz, zauważyli jakościowe skoki w postępach językowych, jakie robią dzieci biorące udział w tych przedstawieniach. Początkowo czytały z kartki, bo nie były w stanie nauczyć się obcego dla siebie języka. Teraz wszystkie kwestie mówią z pamięci. Dwa z tych spektakli odbyły się nawet w Teatrze Polskim w Warszawie i były ogromnym sukcesem.

To, co się dzieje wokół rewitalizacji wilamowskiego, chyba pokazuje, że to niekoniecznie język odpowiedni tylko dla najstarszego pokolenia?

Rzeczywiście, te działania przełamują stereotypy o języku starszych ludzi, najwymowniej chyba przez fakt, że młodzi ludzie z Wilamowic zadecydowali, że to jest ich język, że mają do niego prawo i chcą, żeby on wrócił. Chcą mieć bezpieczną przestrzeń, w której będą mogli go używać. Dziś porozumiewają się po wilamowsku np. na Facebooku czy w szkole. Jest nawet modny wśród dzieci, bo jak ktoś się wilamowskiego nie uczy, to nie może zrozumieć ich rozmów.

Wokół języka tworzy się wspólnota…

Młodzi ludzie mają poczucie, że robią coś ważnego, jednocześnie czerpią radość z używania języka, którym mogą się porozumiewać ze swoimi babciami, dziadkami czy pradziadkami. To jest bardzo wzruszające. Mamy w Wilamowicach panią Helenę Bibową, 93-latkę, która jest jednym z głównych filarów dokumentacji wilamowskiego, bo świetnie zna ten język i ma doskonałą pamięć. Jej syn nie mówi po wilamowski, ale za to jej wnuk uczy się tego języka, gra jedną z głównych ról w przedstawieniu. To, że pani Helena może usłyszeć wnuka mówiącego po wilamowsku, jest dla niej wielką radością. A dla pozostałych najstarszych wilamowian ogromną gratyfikacją i próbą wynagrodzenia im przeżytej traumy i dyskryminacji, jakiej doświadczyli ze względów językowych. Dziś mogą zobaczyć, że ich język wraca do życia, że młode pokolenie go używa. Ważne jest też uznanie, które płynie z zewnątrz. Teraz również naukowcy i studenci uczą się wilamowskiego – na Uniwersytecie Warszawskim już kolejny rok Tymoteusz Król i Bartłomiej Chromik prowadzą lektorat z tego języka.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych